KalymnosTrip

– hello, how are you?   
– really great (szeroki uśmiech) another day in heaven …           
to fragment rozmowy zasłyszanej w drodze do Grande Grotty, bo Kalymnos wyzwala uczucie ogromnej i nieustającej szczęśliwości. Piękna skała, ciepłe morze, niepowtarzalne widoki i smaczne jedzenie czynią tą wyspę istnym rajem. Bez wątpienia jest to jeden z najlepszych rejonów sportowych, w jakim się wspinaliśmy. Opcja wyjazdu na Kalymnos pojawiła się niespodziewanie. Z ogromną radością kupiliśmy bilety i niecierpliwie odliczaliśmy każdy dzień do wyjazdu, aż w końcu wylądowaliśmy na Kos, potem tylko rejs promem do Pothi, szalona jazda taksówką i tak dotarliśmy do Masouri. Miasteczko jest idealnym miejscem wypadowym w skały i bazą dla większości przybyłych na wyspę wspinaczy ze względu na mnogość kwater, sklepów spożywczych i wspinaczkowych, wypożyczalni skuterów czy restauracji. Po podróży marzyliśmy o przekąsce i zimnym piwie. Sałatka grecka i Mytos podany w zmrożonym kuflu, na tarasie z widokiem na zachodzące za Telendos słońce – pełnia szczęścia. Na wyspie przywitał nas „Lucas” Harazin – polski lokals, który wtajemniczał nas w miejscowe zwyczaje, wspinanie i kuchnię a nawet poławianie gąbek. Nauka greckiego ograniczyła się do 4 podstawowych słów: kalimera – dzień dobry z rana, kalispera – dzień dobry po południu, kalinita – dobranoc i efcharisto – dziękuję.

Wspinanie na Kalymnos to rzeczywiście czysta przyjemność. Nad Masouri góruje ponad 20 sektorów oferujących niesamowite i urozmaicone wspinanie po tufach i niezliczonych naciekach skalnych. Tarcie jest super, po prostu rewelacyjne, podobnie obicie – czasem nawet zbyt częste, ale z drugiej strony idealne dla początkujących. Znaleźć można drogi w każdej formacji, wszystkie dadzą satysfakcje i radochę, od połogu po wielkie przewieszenia, gdzie nogi to zbędny balast. Niektóre rejony oferują długie wspinanie, po 40-50 metrowych drogach. Jeżeli nie mamy ochoty na wietrzenie przedramion to znajdziemy siłowe propozycje z kilkoma trudniejszymi ruszkami. Jest sporo technicznych dróg po niekończących się płytach, ale są także sektory przeznaczone dla początkujących z dużą ilością łatwych dróg, od czwórek do szóstek. Wyjątkowe jest poruszanie się po wiszących stalaktytach, drogi z tufami wymagają nienagannej techniki i dobrego ścisku. Wspinaliśmy się w trybie wakacyjnym, bez parcia na cyfrę, poznając różne sektory, ale promocji na łatwą cyfrę nie dostaliśmy. W najnowszym wydaniu zakupionego przez nas topo znacznie wzrosła ilość przecenionych dróg. Podejście pod skały (20-30 minut) zawsze rozgrzewało nas do czerwoności. Odwiedziliśmy najczęściej uczęszczane rejony czyli Grande Grotta – finezyjnie urzeźbiona, niestety zazwyczaj są długie kolejki „stonki” do dróg , Odyssey – świetna na rozwspin, Spartacus – gdzie można spotkać dużo znajomych twarzy z polskich skał, Arhi, Kalydna – nieco bardziej spionowana i po mniejszych chwytach i jeden z ciekawych niedawno odkrytych sektorów Secret Garden. Najciekawsze przejście Jawora to Gaia 8b. Padła w 4 pr. po wcześniejszych dwóch ześlizgnięciach się ze stopni i kilka 8a, które próbował z os-a spadając za każdym razem tuż przed stanem. Zaliczył za to kilka bułujących oesów w stopniu 7c+, które dały mu się we znaki, bo po zjeździe ze stanu jeszcze przez kilka minut nie potrafił zacisnąć pięści. Buziak generalnie rozkoszował się wspinaniem, satysfakcjonujące i najładniejsze z poprowadzonych dróg to Frapogalo 6c w Secret Garden i Kerveros 7a na Spartacusie.

Po tygodniu dołączyła do nas ekipa w składzie Zuza, Basia, Justyna i Piotrek. Byli tak głodni wspinania, że zaraz po zakwaterowaniu poszliśmy w skały, nie przeszkadzał im nawet lekki deszcz. Grupa nie wiedziała, czego się spodziewać po wspinaniu za polskimi granicami. Pozytywnie zaskoczeni skałą prowadzili drogę za drogą, więc tego dnia wracaliśmy w ciemnościach. Z każdym dniem czuli się coraz pewniej w skałach by w ostatni dzień sięgnąć apogeum w sektorze The Beatch. Gratulacje dla Justyny, która przełamała swój lęk przestrzeni w Grande.

Fantastyczny dzień spędziliśmy na deep water solo, wypożyczyliśmy skutery i z wiatrem we włosach pędziliśmy na drugi koniec wyspy do Vathy, skąd łodzią podpłynęliśmy pod grotę. Drogi startują z wody i mają około 8-12 m. Naprawdę warto było spróbować. Łukaszowi za mało było emocji, więc wykonał skok ze szczytu groty. Poza tym woda była przyjemna (to nic, że słona) słoneczko grzało, było nurkowanie i dużo pływania.

W skałach wesołą atrakcją są kozy, leniwie szwędają się po sektorach i uwaga! kradną kanapki. Przysmakiem są dla nich skórki z bananów. Wieczorami wylegują się na ciepłym asfalcie i niechętnie ustępują miejsca przejeżdżającym i trąbiącym, czasem zamiast kozy wybiegnie kotek lub niezdecydowany królik. W drodze ze skał można spotkać lokalsów sprzedających pyszne owoce i warzywa prosto ze swojej ciężarówki.
Ponieważ nie samym wspinaniem człowiek żyje polecamy posmakować jedzenia w lokalnych knajpach, właściciele są uprzejmi i gościnni, porcje duże, smaczne i w normalnych cenach. Nasza ulubiona restauracja to Aegean Tavern, gdzie serwowano same pyszności, na przykład ciepły chleb prosto z pieca z oliwą, tuńczyk z botwinką czy spaghetti z baraniną. Ale najmilszą niespodzianką były podawane a ciepło niebiańsie! ptysie w miodzie z cynamonem i gałką lodów. Zwyczaj podawania darmowych przystawek, deserów lub wina bardzo nam się podoba.
Wspólne wspinanie, plażowanie, kolacje, wieczorne piwko, wino na tarasie, rozważania jak by przeorganizować swoje życie, pracować zdalnie jak Harazin i przenieść się na stałe na Kalymnos…. relaksujący czas. Pojawił się nawet plan wspólnego zakupu domku na wyspie;) zatem to na pewno nie ostatnia nasza wizyta na Kalymnos.